26 kwietnia 2025, sobota


Wstałem rankiem i nawet twarzy nie przemywszy zapisałem się na kurs nauki jazdy konnej.

*  *  *

W przyszłej armii piastowskiej chciałbym być bowiem wojem na koniu, oficerem pachnącym stajnią i dobrą wódką, mającym kawałek ziemi i garstkę chłopów, do którego wzdychają kobiety.

*  *  *

Skoro mowa o pańszczyźnie, którą na język postępowych, acz nie bardzo wykształconych, historyków i publicystów, tłumaczy się jako niewolnictwo, to przypomniała mi się jedna rzecz. W pewnym pamiętniku jakiegoś naszego karmazynowego szlachciury z początku XIX wieku można przeczytać, że ów pan na włościach zapraszał do siebie innych znakomicie urodzonych gości, których „częstował swoimi chłopkami”. Innymi słowy, zjeżdżali się do niego, jak do darmowego burdelu. Pamiętniki te były omawiane ongiś przed wojną w obecności mojego wolteriańskiego Mistrza prof. Władysława Konopczyńskiego. Zapytano go, co sądzi o tekście i o tym konkretnym fragmencie. Na to Konopczyński: „Nie dziwię się Szeli, że rżnął szlachtę”.

*  *  *

Świat, czyli Polskę, obiegają od rana zdjęcia marszałka Hołowni, robiącego sobie tzw. selfie na pogrzebie papieża Franciszka. Pierwsze skojarzenie, to znane powiedzonko Andrzeja Bobkowskiego, który powiadał w takich sytuacjach: „pierdowzór głupoty”. Ale to nie to. To raczej przypadek Pamiętnika egotysty Stendhala. Któż z nas nie kochał albo nie kocha tak, że świat dookoła nie istnieje! Hołownia miłuje w ten sposób sam siebie. W Upadku Camusa czytamy, że egotyzm u człowieka może osiągnąć taką formę, że człek obdarzony tą przypadłością, gdy ma do wyboru metro albo autobus, to wybiera autobus – żeby być wyżej.

*  *  *

Byłem na Hucie (albo w Hucie – trwa tu i ówdzie dyskusja, co jest miejscem, a co Kombinatem) i wstąpiłem do fryzjera, bo w przyszłym tygodniu jadę do Warszawy i muszę wyglądać. Na Hucie, która jest dzielnicą przepiękną, cudownie zieloną o tej porze roku, dzielnicą z wielkim rozmachem, wbrew starym stereotypom bezpieczną, niezwykle ostatnimi czasy popularną, czas się zatrzymał. Nie tylko dlatego, że w knajpie „Stylowa” u progu Alei Róż, w której w latach 50. „uczono mieszkańców Nowej Huty picia kawy” (słowo daję, tak można przeczytać w jednym z przewodników), dalej stoi posążek Lenina i odbywają się „dancingi”. Dlatego również, że w zakładzie fryzjerskim, który nazywam samolubnie „u Krysi”, panie, które tam pracują i które znają się od czasów fryzjerskiej szkoły zawodowej w PRL-u i razem "strzygą i golą" od 30 lat, wciąż nie przeszły na „ty”. Dlatego także, że gdy spotkałem tam starego znajomego, rodzimego „Hutasa”, to pochwalił się, że kupił córce mieszkanie w Krakowie, „bo w Hucie nie chciała już mieszkać”. Dalej jeżdżą z Huty do Krakowa!

*  *  *

Jedna z pań „u Krysi” martwiła się, że dziś nie będą miały klientów, „bo pogrzeb papieża” i lud będzie oglądał widowisko przed telewizorami, na co druga odpowiedziała, że „eee, przecież to nie nasz”. Ano – nie nasz.

*  *  *

Satis! Dziś sobota, szkoda czasu na pisanie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga