1 maja 2025, czwartek
Wczesnym
rankiem pierwsza lekcja nauki jazdy konno.
*
* *
Po
intensywnym treningu – lżejsza lektura. Padło na Kołakowskiego Czy Pan Bóg
jest szczęśliwy? Szukając u filozofa odpowiedzi na to pytanie, zauważyłem,
że ostatnio u mnie z tym szczęściem było coś nie teges. Ogarnęła mnie jakaś
zgryzota, permanentny niepokój. Serce dziwne rytmy grało, przygnębionym, sen
nie nadchodził, a jak szukałem książki na rozweselenie, to mimowolnie sięgałem
na regał po wydane przez nieocenionego Marka Witola Studium samobójstwa
Ala Alvareza. Ale, (kartkuję dalej Kołakowskiego), stan ten jak znikąd
nadszedł, tak i nie wiadomo kiedy minął. Dlaczego? (przerzucam ciągle strony dziełka
znakomitego filozofa). I nagle olśnienie! Wiem!
*
* *
Rzecz
cała rozchodziła się o brak życiowej stabilizacji, solidnego gruntu pod nogami,
pewnych, niezmiennych, punktów na horyzoncie. Takiego codziennego kołnierza ortopedycznego,
który trzyma nas w pionie. Dla jednego może to być poranne golenie, dla
drugiego łyk kawy, dla kogoś innego modlitwa. Nie ważne, chodzi o indywidualny
rytuał, który utrzymuje nas na powierzchni i sprawia, że jednak wstajemy z
łóżka.
*
* *
Poczytując
Kołakowskiego zdałem sobie sprawę, że mój kołnierz przez czas jakiś się popsuł
i stąd ten nastrój takiego upadku, że bliższe od alkoholu zdawało mi się mleko.
Miasto bowiem zabrało mi jedną z ostatnich moich pasji – codzienne obserwowanie
nowej odsłony krakowskiej Świętej Wojny. Mianowicie na moim osiedlu, przy
jednej z głównych ulic, stoi sobie skrzynka elektryczna, ot taka mała
rozdzielnia. I ona, skrzynka ta, stała się właśnie przedmiotem owej wojny,
którą tak namiętnie śledziłem. Kibice Cracovii zamalowywali ją w biało-czerwone
pasy, natomiast fani Wisły, gdzieś pośrodku nocy, pozostawiali na niej jakieś
swoje znaki. Tak więc wychodząc rankiem z domu pasy na skrzynce były pomazane,
wracając zaś wieczorem z miasta skrzynka lśniła się już na nowo w biało-czerwonych
barwach. I tak niemal dzień w dzień. Równowaga w przyrodzie, balans w naturze, wszystko na swoim miejscu,
spokój ducha. Aż tu nagle do akcji wkroczyło miasto i – chlast, plast – skrzynkę
pomalowało całą na zielono… I dopiero dzisiaj, wymęczony po konnej jeździe, czytając
Kołakowskiego, zorientowałem się, że rano skrzynka znowu była biało-czerwona!
Mój Kraków.
*
* *
Oddałem
się zatem już całkiem pół-wesół lekturze, a tam bach! – esej o uniwersytecie. 1
maja o robocie? Trudno, czytam. Okazuje się, że już kilkadziesiąt lat temu
Kołakowski trafnie, w formie pytań, diagnozował problemy współczesnego
uniwersytetu. Problemy, a nie kryzys, ponieważ właśnie w takiej formie
Kołakowski stawiał sprawę. Pomylił się wtedy. Uniwersytet już dawno problemy ma
z głowy, zmagając się z jednym wielkim kryzysem, z którego – szczerze powiadając
– wyjścia nie ma. Wróćmy jednak do – powtórzę: słusznych i przede wszystkim
aktualnych – pytań-problemów postawionych przez Kołakowskiego.
*
* *
Cytuję
kilka przykładów.
1)
Jaki powinien być stosunek między nauczycielską funkcją uniwersytetu a jego
zadaniami jako ośrodka badawczego.
2)
Jaki powinien być stosunek między uniwersytetem jako siedliskiem wiedzy
teoretycznej, która rozwija się wedle własnych immanentnych zasad, a
uniwersytetem jako zbiorem szkół zawodowych.
3)
W jakim stopniu jest pożądane, by uniwersytet działał stosownie do tzw.
zapotrzebowania społecznego albo nawet bezpośrednich szczegółowych zleceń rządu
czy korporacji przemysłowych.
4)
Czy prawdą jest, że ogromny wzrost liczby uczelni wyższych w Europie i w Ameryce
Północnej w minionych dziesięcioleciach spowodował obniżenie się ich ogólnego
poziomu?
5)
Co oznacza „polityzacja” uniwersytetu, w jakim sensie jest ona dopuszczalna, a
w jakim zabójcza dla jego funkcjonowania?
6)
W jakim stopniu pożądany jest udział studentów w decyzjach przez uczelnie
podejmowanych?
*
* *
Kołakowski
nie zadał, moim zdaniem, dziś już najważniejszego pytania: w jakim stopniu
proces specjalizacji, spec-specjalizacji, spec-spec-specjalizacji wewnątrz dyscyplin
naukowych skompromitował akademickie stopnie i tytuły, ukazując ogromne braki
wiedzy i intelektu u tzw. uczonych, a przeto wbił solidny gwóźdź do trumny
uniwersytetu?
*
* *
Na
dziś jednak wystarczy.
*
* *
Przypomniało
mi się teraz, że jak kilka lat temu odbierałem gratulacje po habilitacji, to pomyślałem
wtedy o Michale Bobrzyńskim, autorze Dziejów Polski w zarysie. On to
bowiem, w podobnej sytuacji, przyjmując w wieku 24 lat uściski dłoni z okazji
habilitacji, wreszcie odpowiedział:
-
Od dawna mi się należało.
*
* *
Dość
pycho nieprzebrana!
Komentarze
Prześlij komentarz