2 maja 2025, piątek
W
jednym z listów od moich wiernych czytelniczek pojawił się głos, że jeśli mowa
o mojej nauce jazdy konnej, to jest ona w stanie w to jeszcze uwierzyć, ale gdy
idzie o osiedlową skrzynkę, która ma nadawać sensu memu zwlekaniu się z łóżka,
to to już nie, za dużo, przesada. Przykro mi. Za karę jutro tutaj będzie tylko
zdjęcie owej skrzynki zamiast codziennych figli. A co!
*
* *
W
innej epistole, kolejna z czytelniczek, narzekała, że wiele tematów tutaj jeno
obwąchuje, zapowiadam, że napiszę coś więcej, po czym rejteruję. Nic
fałszywszego. Ja te tematy, jak kot, obdrapuje i tak zaznaczam swój teren. Na
wszystko przyjdzie pora.
*
* *
Usiadłem
w zvisie wyjątkowo na płycie, bo upał i turyści. Usiadłem niefortunnie, bo na
wprost miałem postawiony na Rynku, pod wieżą ratuszową, łeb Mitoraja.
Dziesiątki osób robiły sobie przy łbie zdjęcia, dotykały go, dzieci wchodziły
do środka. A mnie było niedobrze. Nie dlatego, że naczytałem się kryminalnej
trylogii Świetlickiego, w której łeb Mitoraja zajmuje ważne miejsce. I również nie dlatego, że ze dwadzieścia lat temu cały Kraków żył tym, w którym miejscu łeb - dar Pana Mitoraja - wypada postawić. Powód jest
inny, prozaiczny i a propos womitowania – dosłowny. Po prostu przez lata
napatrzyłem się, co ludzie potrafią w środku, dookoła i nieopodal łba
wyprawiać, łącznie z najbardziej finezyjnymi sztuczkami fizjologicznymi.
*
* *
W
zvisie dookoła mnie turyści. Stolik obok jakaś para szeptała, że „tutaj
przychodzą krakowskie legendy”. Zabawne, bo akurat w tym samym momencie, kilka
krzeseł dalej, na cały głos jakąś historię perorował były komunistyczny kacyk,
który za tzw. Polski Ludowej obskoczył ileś tam placówek dyplomatycznych. Ot, Kraków, ot, legenda, ot, biedni turyści.
*
* *
A
biednemu zawsze wiatr w oczy. Henry Miller, autor Zwrotnika raka, miał
na swej papeterii motto: „Gdy gówno stanie się cenne, biedacy będą rodzić się
bez odbytu”
*
* *
Jeszcze
wracając. Pamiętam taką historię ze zvisu: były opozycjonista i były partyjniak
krzyczeli na siebie po wódce, spierając się o PRL. Wreszcie ten pierwszy: „z
ciebie, k****, taki był komunista, że prawdziwego robotnika widziałeś raz w
życiu, jak naje**** przespałeś kurs taksówką i cię, k****, wywieźli do Nowej Huty po
jakichś imieninach”.
*
* *
Co
chwila w ostatnich czasach natrafiam na nazwisko Juliusza Mieroszewskiego. Dziś
też gdzieś w Internetach, przy okazji stosunków polsko-ukraińskich, Pan Juliusz
się pojawił. Wiadomo, autor koncepcji ULB+R, polityka wschodnia i tak dalej (przy
okazji, kto jeszcze pamięta, że w idei Giedroycia i Mieroszewskiego oprócz ULB –
Ukraina, Litwa, Białoruś, zawsze była i R – Rosja? Nie doczytali, czy co?). A
tymczasem Mieroszewski cały życie był samotny, nierozumiany, odrzucany,
polemicznie dyskutowany. Na jego londyńskim pogrzebie było kilka osób –
Giedroyc i rodzina.
*
* *
Dla
Mieroszewskiego, swoją drogą, jak wspominał Giedroyc, w życiu liczył się
jedynie pies, pisanie do „Kultury” i żona Inka. W takiej kolejności.
*
* *
Po
śmierci Jerzego Stempowskiego Józef Czapski napisał okolicznościowy tekst.
Przypomniał w nim historię depresji Stempowskiego. Była ona tak głęboka, że gdy
pewnego razu Pan Jerzy otrzymał w nadmorskiej kawiarence filiżankę chłodnej
kawy, to postanowił popełnić samobójstwo. Kropla zimnej miast odpowiednio zaparzonej,
gorącej, „małej czarnej” przelała czarę goryczy i Stempowski poszedł w morze
się utopić, co ostatecznie mu się nie udało. Fascynujące. I ciekawe, czy
zamiast zimnej kawy takim psychicznym detonatorem, który odpala mechanizm TEJ
decyzji, może być pęknięte pudełko z surówką z ogórka i koperku…
*
* *
Na
tym, optymistycznym akcencie, zaprzestanę.
Komentarze
Prześlij komentarz