4 maja 2025, niedziela
W
toku kampanii prezydenckiej coraz więcej reakcji na książkę wywiad-rzekę Rafała
Trzaskowskiego. Głos zabrał także redaktor „Rzeczpospolitej” Szułdrzyński
Michał, który był napisał, że z książki wyłania się nic innego, jak dramat
inteligenta, który zmuszony został być politykiem. A mnie się przypomina stary
Talleyrand: „niczego nie zapomnieli i nic się nie nauczyli”. Albo bardziej na
miejscu byłby tu Faust. Naczytali się bowiem, a i tak „bin so klug als wie
zuvor”.
*
* *
Napisałem
na Twitterze Szułdrzyńskiemu, że jako żywo ani Trzaskowski, ani on inteligentami
nie są, na co część osób zareagowała komentarzami, że kandydata i redaktora
obrażam, tu i tam protesty – kimże ja jestem, aby rozdawać bądź zabierać
patenty na bycie inteligencją i wreszcie pytania – to w takim razie, do licha,
co to znaczy dzisiaj w Polsce ta cała inteligencja i kto ostatecznie doń
przynależy?
*
* *
Nie
warto dawać kwiatów do wąchania temu, kto ma katar, ale spróbuję rzecz całą
pokrótce objaśnić.
*
* *
Pytanie
o genezę inteligencji polskiej oraz o ścisłe zdefiniowanie samego pojęcia
inteligencji przynależy do kategorii pytań, na które padły już wszystkie
możliwe sprzeczne odpowiedzi. W tym miejscu, wszak to nie naukowa rozprawka, powiedzmy
jeno, że u zarania polskiej inteligencji, w drugiej połowie XIX wieku,
inteligencję stanowiła elita umysłowa i twórcza – krzewiciel prądów i idei, niezależna
od sfer rządowych, zdystansowana naturalnie od „ludu”, akceptująca pewien
niepisany etos narodowy, towarzyski i obyczajowy. Przy czym ten ostatni był
rozumiany swoiście. Śmiało można było być alkoholikiem, bić żonę, ale absolutnie
nie wypadało bywać w pewnych miejscach, podawać pewnym osobom ręki. Władysław M.
Kozłowski pisał w 1893 roku, że „przeznaczeniem inteligencji jest kapłaństwo
idei” oraz że „żadne poświęcenie się w imię tego, co poczytuje za prawdę, nie
powinno nam się wydać zbyt ciężkim”.
* * *
(Co się robi w Krakowie zaraz po przebudzeniu? Ustala komu dzisiaj nie podajemy ręki).
* * *
Siłą
rzeczy zdolności umysłowe i twórcze szły w parze z wykształceniem. Jego
upowszechnienie spowodowało, że już w Dwudziestoleciu patentem inteligenckim
stawała się matura, a nie dyplom wyższej uczelni. Zważywszy na tezę (dyskusyjną
– dodajmy) o szlacheckim pochodzeniu inteligencji było nawet takie powiedzonko
o „maturze jako klejnocie szlacheckim”. Równocześnie już wtedy, w międzywojniu,
narzekano na „nadprodukcję osób z wyższym wykształceniem”, co źle miało
wypływać na poziom inteligencji, która stale się liczebnie rozrastała, tak że
za Niepodległości śmiało już można mówić o warstwie inteligencji. Wpływ na jej
liczbowy wzrost miało własne państwo, które potrzebowało urzędników,
nauczycieli, lekarzy, adwokatów, ale i dziennikarzy, muzyków, plastyków. W
powszechnym wyobrażeniu rodziły się „zawody inteligenckie” i „cechy inteligenckie”,
jak na przykład lektura książek i (odpowiednich) periodyków i czasopism.
Mieczysław Grydzewski powiadał, że podczas II wojny światowej Anglicy, widząc
ciągle czytających żołnierzy polskich na Zachodzie, uznawali Polaków za naród
intelektualistów.
*
* *
Równocześnie,
wraz z umasowieniem wykształcenia, zaczęto kwestionować dyplomy jako przepustkę
do inteligencji. Nadieżda Mandelsztam zauważała, że „nikt nie potrafi dokładnie
określić, czym jest inteligencja i czym różni się ona od klas wykształconych”.
Ano właśnie – zaczęła się różnić. Chowając do szuflady dyplomy zaczęto szukać
innego klucza do inteligencji. Tuż po hekatombie II wojny światowej Wojciech
Kętrzyński napisał:
„Głównym
zadaniem społecznym inteligencji jest produkcja kulturowa, w odróżnieniu od
produkcji ekonomicznej. Zrozumieć należy, że nie wykształcenie wyróżnia
inteligencję, nie obyczaje, nie zakres pracy zawodowej, choć wszystkie trzy
cechy te odgrywają ważną rolę przy charakterystyce inteligencji. Odróżnia
inteligencję to, co określa się jako wysiłek duchowej natury”.
I
właśnie coraz częściej w owym „wysiłku duchowym” zaczęto doszukiwać się głównego
kryterium bycia inteligentem. Masowość bowiem wykształcenia w PRL i III RP, zahaczająca
powoli już o doktoraty, spowodowała, że jeśli trzymalibyśmy się karty
wykształcenia, choćby najlepszego, gdy mowa o inteligencji, to należałoby
stwierdzić, że inteligencja jest wszędzie i nigdzie zarazem. Za masowością
podążał stale, aż do teraz, gdy dobrnęliśmy do ściany, upadek jakości
wykształcenia, co pociągnęło za sobą także zanik „zawodów inteligenckich”.
Wszak zarówno profesorem, jak i dziennikarzem, może być dzisiaj – choćby nie
wiadomo jak zaczytywał kolejne tomy Tokarczuk – kompletny idiota.
*
* *
Nie
ma więc już w Polsce inteligencji jako warstwy, nie ma takiego wykształcenia,
które dawałoby paszport inteligenta, nie ma zawodów, których uprawianie
automatycznie czyniłoby inteligentem. Inteligenci jednak się ostali. Kto to? To
osoby, których poziom intelektualny i kulturalny (nie mylić z obyczajowością,
kindersztubą, ogładą) pozwala na udział w życiu intelektualnym i kulturalnym
narodu. Ale w sposób TWÓRCZY. Jest to, mówiąc Januszem Żarnowskim, „elita
intelektualna narodu, twórca, ale i krzewiciel kultury narodowej”.
*
* *
Dygresja
a propos kultury. Kołakowski pisał, że „życie kulturalne jest produktem
nieszczęść, a gdzie za dobrze, to nie ma go”. Jeśli wybitny filozof miał rację,
to III RP jest najszczęśliwszym krajem na świecie.
*
* *
Wracając.
Dodajmy jeszcze do tego, co podaliśmy wyżej za Żarnowskim, że – moim zdaniem
słusznie – Max Weber powiadał, że inteligencja „jest obiektywnie uzdolniona do
posiadania bezinteresownych poglądów”. Na Boga, gdzie tu miejsce dla polityków,
którzy oprócz polityki nie zajmują się niczym innym twórczo, choćby i mieli kopę
dyplomów i znali tuzin języków?
*
* *
I
ostatnia uwaga, bo już i tak przydługo. Jeśli o sens życia pyta ten, kto
niewątpliwie odczuwa potrzebę jego zmiany, to kto w takim razie ciągle i
zewsząd potrzebuje potwierdzenia tego, że jest inteligentem? Hę?
Komentarze
Prześlij komentarz