7 maja 2025, środa


Po narodzinach Andrzeja Bobkowskiego, gdy jego matka chrzestna po raz pierwszy zobaczyła niemowlę, krzyknęła: „To nie dziecko! To skandal!”.

*  *  *

Spacerując dziś po jesiennym Krakowie przypomniałem sobie tę scenę i pomyślałem, że to piękne skądinąd słowo, może być jednowyrazowym kluczem do wszystkiego, do każdej sytuacji, do opisu całej, rozbieranej na części pierwsze, naszej rzeczywistości. Dzisiejsza pogoda w Krakowie? To skandal! Poziom kampanii prezydenckiej? To skandal! Liczba nowości historycznych w księgarni na św. Anny taka, że brakuje życia, by choć co nieco przekartkować? To skandal! Zabijanie uniwersytetu i nauki ewaluacją i punktozą? To skandal! Runda wiosenna Cracovii? To skandal! Skończyła się w knajpie beczka z Murphy’sem? To skandal! (I groźba pozbawienia życia!).

*  *  *

To wszystko najprawdziwsza prawda, a stary Hegel pisał czy mówił, że na dźwięk słowa „prawda” każdemu człowiekowi z nieuprzedzonym umysłem, uczciwemu intelektualnie, serce zaczyna bić szybciej.

*  *  *

Ciekawe, jak tam serca naszych polityków, z premierem na czele? I jakimi sposobami sztucznie podtrzymują akcję serca? Jakim cudem wciąż żyją i nas codziennie zabawiają?

*  *  *

Skoro o życiu mowa. Jeden z konserwatystów krakowskich powiadał, że nie chodzi na żadne pogrzeby, bo przecież nieboszczyk na jego pogrzeb i tak nie przyjdzie. Arystotelesowska logika! Ale wtedy, w Galicji, w Krakowie (mało kto wie, że do Galicji nie przynależał. Ha!), we Lwowie (ten już jak najbardziej, stolica, przed Wielką Wojną spoglądająca na Pragę i Budapeszt, a nie prowincjonalny, zabity dechami, Kraków), były prawdziwe elity, prawdziwi mężowie stanu. Gołuchowscy, Dzieduszyccy, Dunajewscy, Badeniowie, Zalescy, Potoccy, Bobrzyńscy, Bilińscy, premierzy, ministrowie, namiestnicy, najwyżsi dygnitarze całej CK Monarchii. No, ale jak gawędził stary góral, tak „było za cysorza, a później nastały ino sanacyje i okupacyje”, a co gorsza – III Rzeczpospolita.

*  *  *

Niby po 1918 roku wszystko to Polska, ale z wagą i znaczeniem słów bywa różnie. Któż by dla przykładu odgadł, że słowa „przyjaciel” i „kutas” mogą być bliskoznaczne? A tymczasem, będąc za cesarza Gomułki na stypendium w Anglii, Zbigniew Herbert i Tadeusz Chrzanowski pomieszkiwali w domu Magdaleny i Zbigniewa Czajkowskich. Ta pierwsza opuściła Polskę jako dziecko kilkadziesiąt lat wcześniej i jej polszczyzna była specyficzna, zapomniana. Przyglądając się swawolą i wzajemnym dokazywaniom Herberta i Chrzanowskiego słusznie uznawała ich za starych, dobrych, prawdziwych przyjaciół. Herbert pewnego dnia pojechał do Szkocji, Chrzanowski został. Pan Zbigniew posłał do przyjaciela kartkę, w której nagłówku stało jak byk: „ty stary kutasie!”. Kartka wpadła w ręce pani Magdy, przeczytała, oddała Chrzanowskiemu. Herbert powrócił, miły wieczór, wesoło, Chrzanowski nagle powiedział coś bardzo zabawnego, wszyscy się śmieją, a pani Magdalena, roześmiana, do niego: „Ty stary kutasie!”.

*  *  *

Wszyscy zdębieli. Okazało się, że pani Magdalena, już nie na czasie z polszczyzną, uznała, że swojski „kutas”, to po prostu synonim „przyjaciela”. Skoro Herbert tak nazywa Chrzanowskiego, a tak bardzo się przyjaźnią…

*  *  *

A zatem przyjaciel jak najbardziej może okazać się kutasem.

*  *  *

Władysław Reymont powiadał, że bez nocnika i „Kuriera Warszawskiego” nie kładzie się spać. Nocnik mam, „Kuriera” – brak, ale zamiast niego nie zasypiam ostatnio bez ostatniego tomu Dzienników Sándora Máraiego. Pyszne. Jedyny problem, że z każdej pomieszczonej w nich notce bije błaganie o samobójstwo. A może to nie problem?


Komentarze

Popularne posty z tego bloga